poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział 4

~ Jeśli przeczytałaś/ęś zostaw komentarz! ~

Rozdzierający ból przechodził przez moją głowę i ciało. Miałam wrażenie, że pod powiekami mam z tonę piasku i za nic nie potrafiłam ich otworzyć. Moja głowa spoczywała na czymś miękkim, a ciało otulone było jakiś puszystym materiałem. Wokół mnie nie było słychać żadnego dźwięku, oprócz dwóch oddechów. Dwóch? Szybko otworzyłam oczy, ale tak szybko jak je otwarłam, tak szybko je zamknęłam. Promienie słońca raziły mnie niewyobrażalnie, a ból głowy tylko się nasilił. Usłyszałam szurania, a potem ktoś usiadł obok moich stóp. Tym razem udało mi się rozchylić powieki przez mruganie. Leżałam na łóżku w moim pokoju, poprawka- naszym. Mój współlokator siedział na brzegu łóżka wpatrując się we mnie podejrzliwie. Wspomnienia uderzyły we mnie jak rozpędzony pociąg: śniadanie, chłopak, postać z mojego snu, zawładnięcie moim ciałem i umysłem, Jake starający się ze mną porozumieć, jego oczy... Mój wzrok odruchowo powędrował do nich. Teraz miały czysty kolor niebieskiego taki jak zwykle, nawet cienia, który wcześniej był w jego tęczówce nie było.
- Jak się czujesz? - jego głos sprowadził mnie na ziemię.
- Dobrze... To znaczy... Jestem obolała. - plątałam się w słowach, a mój głos był prawie niesłyszalny. On tylko potaknął głową, a potem przekręcił ją w stronę okna i wpatrywał się w dal. Zapadła między nami specyficzna cisza. Przez moją głowę przelatywało tysiące pytań, ale na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
- Jak się tu znalazłam? - postanowiłam pierwsza się odezwać.
- Zemdlałaś. - nie powiedział mi nic więcej, dlatego postanowiłam kontynuować.
- A dlaczego?
- Bo... - znów nastała cisza. Wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili pokręcił z zrezygnowaniem, ale ja nie chciałam dać za wygraną.
- Twoje oczy były... czarne. A teraz są niebieskie.
- Tak po prostu mam. - wiedziałam, że kłamie, ale za nim zdążyłam zaprzeczyć on zadał mi pytanie jakiego nigdy bym się nie spodziewała w tamtej chwili. - Jak masz na nazwisko?
- Nomed. - zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc, po co mu akurat teraz ta informacja. On jednak wstał i podszedł do szafy. Wyciągnął z niej szkicownik, po czym usiadł na fotelu. Ołówkiem zaczął coś pisać. Jego ręka znieruchomiała, a on w skupieniu patrzył na coś zapisanego na papierze. Po chwili znów coś kreślił w zadumie. Jego twarz wyrażała dziesiątki emocji, od zdziwienia do przerażenia. Nie wiedziałam co się dzieje. Ołówek wypadł mu z ręki uderzając o podłogę.
- To ty... Ty... - patrzyłam na niego z wyczekiwaniem, ale akurat w tamtej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Zza drewnianej powłoki wyjrzała starsza ode mnie dziewczyna.
- Isla Nomed? - spytała obojętnym głosem.
- To ja.
- Pani dyrektor prosi cię do siebie. - jej głowa zniknęła. Powolnym ruchem zdjęłam z siebie koc i wstałam z łóżka. Zrobiłam to za szybko, bo zakręciło mi się w głowie. Chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi i wyszłam na korytarz, gdzie czekała już na mnie dziewczyna.
*

Nerwowo przygryzałam wargę czekając na dyrektorkę. Siedziałam w jej gabinecie na beżowym fotelu. Wnętrze było posępne i nudne. Ściany były w kolorze nieprzyjemnej szarości. Podłogę wykładały stare, zdarte panele, a sufit był zgniły i popękany. W centrum znajdowało się średniej wielkości, czarne biurko. Wyglądało na stare i zużyte. Za biurkiem stał fotel podobny do tego, na którym siedziałam, ale był większy. Przy samej ścianie był olbrzymi regał zapełniony książkami, teczkami i kartkami. Na ścianach wisiały jeszcze, w niektórych miejscach jakieś dziwne obrazy. Wodziłam wzrokiem po nich wszystkich zastanawiając się kto je namalował. Niestety nie było mi dane dowiedzieć się, bo Pani Lessen weszła do pomieszczenia. Usiadła naprzeciwko mnie kładąc splecione dłonie na blat biurka.
- Mogę się dowiedzieć, co ty wyprawiasz? - zmroziła mnie wzrokiem. Oddech uwiązł mi w gardle. - Odpowiesz? - nic nie zrobiłam oprócz wpatrywania się w nią. Nic nie rozumiałam. - Co to było za przedstawienie w stołówce?! Ja tu sprowadzam gości, by dostałam pieniądze, a ty...!- wzięła głęboki oddech starając się uspokoić. - Przez ciebie wyszłam na jędze! Zaczęłaś się wydzierać,a potem nagle zemdlałaś tuż przede mną! Ośmieszyłaś cały sierociniec i mnie!!! Nie ujdzie ci to na sucho...
- Ale to nie moja wina. Ja... Ja po prostu... - przerwałam jej, ale nie potrafiłam wymyślić jakiejś dobrej wymówki, bo prawda nie wchodziła w grę.
- Nie obchodzi mnie co ty. Przez cztery dni nie wychodzisz z pokoju na krok. Jedzenia też nie będzie, a jeśli się temu sprzeciwisz skończy się to dla ciebie o wiele gorzej.- nie odezwałam się więcej. - Teraz do swojego pokoju. Wynoś się.- bez słowa wstałam i wyszłam.

*

Szłam powolnym krokiem przez korytarz. Rozglądałam się na wszystkie strony. Nie byłam pewna, czy idę dobrym korytarzem. Ten budynek był ogromny, a ja nie za bardzo zwracałam uwagę na drogę, gdy szłam do gabinetu. Miałam wrażenie, że z każdym krokiem robi się coraz ciemniej, a przecież było południe. Uciekaj stąd...!. Moje myśli już dawały mi rady, ale ja ich nie słuchałam. Szłam dalej przed siebie nie zważając na nic. Usłyszałam jakieś szmery, moje ciało całe odrętwiało. Stałam jak słup, wyostrzając wzrok i słuch. Moje nogi zaczęły stawiać niezdecydowane kroki w stronę hałasu. W mojej głowie zaczął budować się strach, a potem rozchodził się po ciele jako nieprzyjemny dreszcz. W korytarzu było zupełnie ciemno, ale udało mi się zauważyć dwie postacie przy ścianie. Byłam coraz bliżej gdy jedna postać obróciła się w moją stronę. Zbliżała się do mnie zwinnie jak kot. Drugą postać nie wiedziałam, bo zasłaniał ją cień. Słyszałam jak krew szumi mi w uszach, a wszystko działo się jak we śnie. Wbiłam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Bolało, więc nie był to sen. Głowa pulsowała od bólu. Nasilił się jeszcze bardziej, gdy krzyk rozdarł mój umysł na strzępki. Powieki mimowolnie zacisnęły się, a pod nimi szczypały mnie łzy. To był najgłośniejszy i najsilniejszy krzyk. Mój strach wzrastał z każdą chwilą. Rozchyliłam powoli powieki, bojąc się, że znów usłyszę krzyk. Jednak pierwsze co ujrzałam to był tajemniczy mężczyzna. Ten sam, który był na pogrzebie i przed moim domem. Mój wzrok powędrował do jego oczu. Jego tęczówki wyglądały jak czarne otchłanie. Krzyki powróciły zwalając mnie z nóg. Nie potrafiłam już dłużej trzymać łez na wodzy, więc moje policzki były mokre. Ból rozszarpywał moją głowę i umysł. Walczyłam o oddech, starając się choć trochę zaczerpnąć powietrza przez zaciśnięte gardło. Kolejny krzyk był inny. Nie słyszałam go w głowie, lecz poza nią. Resztkami sił podniosłam głowę do góry. Dopiero udało mi się dostrzec drugą postać. To był ten chłopak z stołówki. Ten który mnie napastował, a w tamtym momencie leżał na podłoże podpierając się plecami o ścianę. Jego klatka piersiowa prawie się nie poruszała, a jego ciało trzęsło się. Nagle stwór wypełznął z ciemności w stronę chłopaka. Zawisł nad nim, a on otworzył usta i wydał z ciebie cichy jęk. Stróżka krwi wypływała z jego ust kapiąc na koszulkę. Demon wysysał z niego cała energię, życie. Niszczył go. Krew kapała z jego ust, nosa i uszu. Oczy były przekrwione, a po chwili zaszły mgłą. Jego ciało stało się niesamowicie białe i przejrzyste, a potem sine. Tak jakby wszystko oglądałam w przyspieszonym tempie. Jego skóra rozkładała się, a on starał się zaczerpnąć ostatni oddech. Demon zamachnął się. Nie dotknął go, ale pojawiła się ogromna rana na jego brzuchu. Z rany snuł się czarny dym. Przerażające stworzenie wciągało go przez zszyte usta. Głowa chłopaka bezwładnie opadła w dół.
- Niee!!! - mój szloch niósł się echem po korytarzu. Istota przypełzła do mnie. Cofnęłam się o krok do tyłu. Byłam pewna, że zrobi ze mną to samo, co z chłopakiem. Groźny krzyk tajemniczego mężczyzny zmroził mnie. Demona już nie był obok mnie, ale był teraz pochłaniany przez mężczyznę. Przerażający uśmiech zagościł na jego twarzy. Spojrzałam jeszcze na rozkładające się ciało chłopaka. Kolejny łza toczyła się po moim policzku, a ja ile miałam sił biegłam jak najdalej od tego miejsca. Czym dłużej biegłam tym było jaśniej. Przede mną były potężne drewniane drzwi. Bez zastanowienia otwarłam je i wybiegłam na zewnątrz. Byle tylko jak najdalej od sierocińca.


_____________________________________________________________________________
Witam! 
Miałam dodać jutro, ale nie byłam pewna, czy miałabym czas. Tak, więc jest dzisiaj. Jutro jest wigilia, ale ja jakoś nie cieszę się z tego powodu. Nawet wręcz odwrotnie. Mam przeczucie, że te święta będą okropne, no ale... Następny rozdział będzie w piątek lub sobotę.  
Ale najpierw chce życzyć wszystkim kto czytają te opowiadanie, żeby te święta były wyjątkowe. Życzę wam, aby wasze życzenia się spełniły, żeby na waszych twarzach był zawsze uśmiech i żeby nigdy się poddawali, bo trzeba dążyć do swojego! ♥

wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 3

                                 ~Jeśli przeczytałaś/eś zostaw komentarz~



Biegłam, ile miałam sił w nogach. Coś mnie goniło. Starałam się nie uderzyć w żadne drzewo, ani nie potknąć się o korzeń. Niestety moja noga wplątała się w jakieś rośliny i runęłam na ziemię. Czułam lodowaty oddech na moim karku. Odwróciłam głowę tak, że mogłam spojrzeć na prześladowcę. Był to tajemniczy mężczyzna z pogrzebu. Moją uwagę przykuły znów jego oczy. Wyglądało to jakby ich nie miał, tak jakby jego oczy były wydrapane i teraz były tylko puste oczodoły. Moją głowę znów nawiedził przerażający krzyk. Włoski na moich karku stanęły dęba, a w dół kręgosłupa rozniósł się nieprzyjemny dreszcz. Krzyki, jęki, błagania nawiedzały mnie. Bałam się, a nawet byłam przerażona. Co się ze mną dzieje? Moje zaciśnięte powieki otworzyły się dopiero, gdy krzyki ustały. Spojrzałam w górę na mężczyznę. Uśmiechnął się do mnie krzywo, jego oczy zaświeciły. Wydawało się, że rozpętał się huragan. Wszystko wokoło mnie wirowała, ale ja i mężczyzna dalej byliśmy naprzeciwko. Otoczyła nas czerń. Echem odbij się kolejny krzyk, ale tym razem był on inny. Ten krzyk należał do mojej mamy. Moje oczy zaczęły szczypać od łez. Starałam się nad nimi zapanować, lecz nie udało mi się to. Moje policzki były mokre od słonej substancji, a usta drżały. Jego śmiech niósł się echem razem ze krzykiem. Najbardziej przerażające w tym było to, że te dwa dźwięki przyprawiające mnie o zawroty głowy, współgrały ze sobą. Ciemne cienie zaczęły pełznąć z moją stronę. Wyglądały jak poszarpane dusze. Nie miały oczu. Usta miały zaszyte, ale krzyki ich były wyraźne i głośne. Smyrały moją skórę. Dotyk ich był prawie nierealny, tak jakby moje ramię otulała delikatna mgiełka. Oczy mężczyzny rozbłysnęły jeszcze bardziej, a wtedy cienie ruszyły w jego stronę zostawiając mnie sparaliżowaną. Stworzenia wchodziły w niego jak duchy, a on je pochłaniał krzycząc i skomląc. Ten widok przerastał mnie. Nie umiałam już dłużej ustać na nogach, więc upadłam na kolana szlochając. Mężczyzna podszedł do mnie, wbił swoje palce w moje gardło wysysając ze mnie życie...
Krzyk rozniósł się po pokoju zagłuszając ciszę. Byłam cała spocona, moje policzki były mokre, a moje ciało drżało. Szybko usiadłam na łóżku, rozglądając się na boki. Byłam w pokoju, w sierocińcu. To tylko sen... powtarzałam w mojej głowie jak zaklęcie. Po chwili udało mi się unormować oddech i uspokoić. Spojrzałam w bok. Nie było tam jednak mojego współlokatora. Rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju i wtedy zauważyłam postać siedzącą w fotelu. Wpatrywał się w okno.
- Dlaczego nie śpisz? - mój głos był ledwie słyszalny. Zastanawiałam się, czy mi odpowie, czy będzie milczeć. Odwrócił wzrok od okna i popatrzył na mnie. Jego oczy znów uparcie wpatrywały się w moje. Spuściłam głowę w dół nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia.
- Nie mogłem zasnąć, a twoje wiercenie i krzyki wcale mi tego nie ułatwiały.- jego głos był spokojny i obojętny.
- Przepraszam.- odważyłam podnieść na niego wzrok. Dalej natarczywie wpatrywał się we mnie. Rękawem bluzki wytarłam łzy z moich policzków. Myślałam, że już się do mnie nie odezwie, ale myliłam się.
- Śnił ci się koszmar? - przytaknęłam tylko i spuściłam głowę.
Czułam się jak małe dziecko, które przez swój koszmar nie dawało spać rodzicom. Moi rodzice zwykle uspokajali mnie, że to tylko wytwór mojej wyobraźni, a one żyją tylko w naszych głowach. Potem wszystko się zmieniło. Krzyczeli na mnie jeśli budziłam ich w nocy. Bili mnie za moje koszmary. Teraz brakuję mi ich. Gdyby żyli nie musiałabym mieszkać w tym miejscu, ale dalej musiałabym znosić mojego brata. Może jednak lepiej byłoby gdyby byłam tutaj niż z rodziną, choć najbardziej na świecie brakowało mi Anabell. Tęskniłam za nią, ona było moją jedyna nadzieją, podporom, życiem.
W pokoju zapanowała cisza. Była ona jedną z tym niezręcznych, przynajmniej dla mnie. Chłopak świdrował mnie oczami, ale jemu wydawało się to nie stwarzać wysiłku.
- Jak długo już nie śpisz? - spytałam nagle.
- Z jakieś cztery godziny. - spojrzałam na zegarek. Była 03:49 w nocy.
- Nie jesteś zmęczony? - zadziwił mnie.
- Jestem.
- To dlaczego nie pójdziesz spać?- zmarszczyłam brwi, a on tylko wzruszył ramionami. Postanowiłam, więc dalej kontynuować. - O której jest jutro, to znaczy dzisiaj śniadanie?
- Jeśli je dostaniemy to o siódmej.
- Jeśli?
- Przyjeżdżają jacyś lalusie, więc dyra będzie stawać na głowie i najmniejszy wybryk może pozbawić nas posiłku.
- Tak można? To jest jej główna kara? Zagładzanie nas?!- nie wytrzymałam i podniosłam lekko głos. Ta baba jest serio nienormalna.
- Jak będziesz tak wydzierać to na pewno dostaniemy karę. - zrobiło mi się głupio. - Powinniśmy iść spać. - mówiąc to wstał z fotela i wszedł do swojego łóżka.
Przykrył się kołdrą do pasa. Po chwili już można było słyszeć jego miarowy oddech, upewniający, że już zasnął. Mnie zastanawiała ta rozmowa. Jego głos nie wyrażał żadnych emocji, a jego ton nie zmieniał. Jakby był robotem lub ktoś mówił za niego... Tylko kto?

*

W ręce trzymałam talerz, na którym znajdowało się moje śniadanie. Rozejrzałam się po stołówce poszukując wolnego miejsca. Zauważyłam wolny stolik przy ścianie, więc bez namysłu ruszyłam w jego stronę. Położyłam talerz na stole, a ja usiadłam na krześle. Nikt nie siedział przy tym stole oprócz mnie. Nie przeszkadzało mi to, wręcz odwrotnie, podobało. Gdy jadłam swoją kanapkę poczułam się obserwowana. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zauważyłam grupkę chłopaków przypatrujących się mi. Pośród nich oczywiście był mój współlokator. Niespokojnie przełknęłam kęs i spuściłam głowę na swój talerz. Dźwignęłam ją dopiero, gdy poczułam jak ktoś przy mnie siada.
- Hej. Jestem Jason, a ty Isla, prawda?- obok mnie siedział jeden z chłopaków, którzy mnie obserwowali.
- Tak. - cicho potwierdziłam.
- Więc masz pokój z Jake'iem? - na początku nie wiedziałam o kogo chodzi, ale po krótkiej chwili zorientowałam się, że przecież to mój dziwny współlokator. W odpowiedzi tylko potaknęłam.
- Wiesz... podobasz mi się. Co powiesz, gdybyśmy się zabawili? - jego oddech odbijał się od mojej skóry.
Zaczął się do mnie niebezpiecznie zbliżać. Szybko odskoczyłam, ale on był szybszy. Chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Wściekłość zaczęła się we mnie zbierać. Moje ciało mnie nie słuchało, a moje myśli zostały przejęte. Nie wiedziałam co się dzieję, panikowałam. Przed moim oczami pojawił się cień... Ten sam co we śnie. Z wydrapanymi oczami, ciałem z czarnej mgły i lodowatym dotykiem. Zbliżał w moją i chłopaka stronę. Chciałam uciekać, ale moje nogi mnie nie słuchały. Stworzenie przejęło nade mną kontrolę. Dotykał mnie, czułam chłód na każdym skrawku skóry. Pochłaniałam go, on był już we mnie, był „mną”. Krzyk wyrwał się z moich ust, a oczy mnie kuły. Chłopak, który jeszcze chwilę temu trzymał mnie przy sobie znikł. Nie miałam władzy nad sobą, to nie byłam ja, to był DEMON. Krzyczałam, jęczałam, błagałam. Chciałam się go pozbyć, chciałam, żeby już go nie było, ale on dalej władał moim ciałem, myślami, mną... Ostatnią rzeczą, którą zapamiętałam był Jake. Potrząsał moimi ramionami i mówił coś do mnie, ale ja nic nie rozumiałam. Jedyna rzecz, która mnie interesowała były jego oczy. Były czarne z cieniem w lewej tęczówce, tak jakby mieszkał w jego oczach... demon.



_____________________________________________________________________
 Dodaje już dziś, taka mała "niespodzianka". Następny rozdział będzie pod koniec tygodnia              lub podczas świąt. Do zobaczenia ♥
 

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 2

Droga do sierocińca nie była krótka, wręcz przeciwnie. Choć mnie cieszył ten fakt. Czym dalej od mojego (już byłego) domu, tym lepiej. Auto zatrzymało się przed dużym, starym i zniszczonym budynkiem. Prowadziło do niego szeroka dróżka żwirowa. Do wnętrza prowadziły ciężkie, drewniane drzwi. Spojrzałam przez ramię. Mężczyzna właśnie wyciągał moją torbę z samochodu, a po chwili już szedł w moją stronę. Chwycił klamkę i pchnął drewnianą powłokę. Moim oczom ukazał się duży hol i recepcja. Jest jeszcze niewielki, stary stoliczek i kilka foteli. Wszystko wyglądało jakby miało się rozpaść w jednej chwili. Mój „przewodnik” podszedł do recepcji, a ja podążyłam za nim. Przed komputerem siedziała kobieta w podeszłym wieku.
- Który pokój miał być przydzielony Islam Nomed?- kobieta spojrzała na niego zza swoich okularów, a potem na mnie. Jej wzrok stał się lodowaty, czułam jak wypala mi twarz. Jej oczy były szare, ale nagle jakby czarny cień pojawił się w jej prawej tęczówce.
- Nomed...- patrzyła na ekran komputera cicho mrucząc moje nazwisko. - Jest... Pokój 46.
- A czy przypadkiem on nie jest już zamieszkany? - mężczyzna stojący obok mnie zmarszczył brwi. Zamieszkany? Przez kogo? Mam mieć współlokatorkę? przez moją głowę przewijały się pytania.
- Tak, ale przez ostatni miesiąc jest coraz więcej sierot. Brak pokoi.- wykrzywiała swą twarz z obrzydzeniem jakby to była najgorsza rzecz na świecie. Byłam pewna, że nikt za nią nie przepada tak jak ja. Podała mi klucz. Mój towarzysz dźwignął torbę i już mieliśmy iść do pokoju, ale jedno pytanie mnie szczególnie męczyło.
- Z kim dzielę pokój?- mój głos był cichy i sama się zdziwiłam, że należy do mnie.
Kobieta spojrzała na swój komputer.
- Jake Black.- to były jedyne słowa, które powiedziała. Nie miałam czasu spytać się o nic więcej, bo niestety mężczyzna postanowił iść dalej. Szliśmy ciemnym korytarzem otaczała nas dziwna cisza. Było popołudnie, a z tego co mówiła ta kobieta to sierociniec powinien być pełny, ale nikt nie chodził po korytarzu, nikogo nie było słychać. Cisza świdrowała mi w uszach. Nagle mężczyzna przede mną zatrzymał się, a ja o mało na niego nie wpadłam.
- Jesteśmy na miejscu. -oznajmił. Cicho zapukał do drzwi, ale nikt się nie odezwał, więc otworzył je.
W środku było obskurnie, ale nie tak bardzo jak to sobie wyobrażałam. Ściany były beżowe, a w niektórych miejscach były zacieki i brudne plamy. Na środku były dwa łóżka połączone ze sobą, po ich bokach były szafki nocne z lampkami. Po prawej stronie była duża, stara, drewniana szafa. Naprzeciwko było okno, a zaraz obok stał mały regał z kilkoma książkami i jeden fotel. Podłogę pokrywał czarny , już wypłowiały dywan. Z sufitu zwisała goła żarówka. Były jeszcze jedne drzwi, które pewnie prowadziły do łazienki. W niektórych miejscach były porozrzucane ubrania i inne rzeczy, zapewne należące do mojego współlokatora.
Mężczyzna położył moją torbę obok szafy.
- Oto i twój pokój. Jestem pewien, że twój współlokator wytłumaczy ci zasady tutaj panujące. Za pół godziny jest podwieczorek i zebranie, na którym Pani Lessen przedstawi cię wszystkim. Gdybyś miała jakiś problem lub pytanie to możesz pójść po Pana Vincla albo Pani Gebs. Oni na pewno ci pomogą. To chyba wszystko... Masz jakieś pytania?- przerwał swój monolog patrząc na mnie.
- Ummm... Mógłby pan powiedzieć mi gdzie odbędzie się ten podwieczorek i zebranie?- spytałam niepewnie.
- Na pierwszym piętrze, w stołówce. Musisz wrócić do recepcji, następnie pójść schodami do góry. Gdy znajdziesz się już na górze, zobaczysz podwójne drzwi. Są opisane, więc raczej je znajdziesz.- przytaknęłam tylko głową, dając tym znak, że zrozumiałam.
- Ja już pójdę. A i tam jest łazienka jakbyś chciała się odświeżyć.- wskazał na drzwi po mojej prawej.
-Dobrze, dziękuję. - odpowiedziałam cicho. Skinął głową i wyszedł.
Podeszłam do okna. Jedynym pocieszeniem był piękny widok z okna, na niewielkie jezioro. Woda w nim miała dziwny, ale cudowny niebieski kolor. Jezioro otaczał las, a drzewa odbijały się od jego tafli. Niedaleko stała drewniana, stara budka. Wyglądała jakby najmniejszy wiaterek miał ją zrównać z ziemią.

*

Stałam ze spuszczona głową na środku stołówki. Obok mnie stała kobieta w średnim wieku. Była ona dyrektorką całego tego sierocińca. Z charakteru była oziębła, nieprzyjacielska i... straszna. Bałam się jej. Wydzierała się całym swoim gardłem, starając się uspokoić tłum jedzący podwieczorek. Po chwili jej się to udało dzięki groźbie polegającej na głodzeniu ich przez trzy dni. To jakaś psychopatka... Mój umysł również miał o niej swoje zdanie.
- To jest nowa sierota, Isla Nomed. Mieszka w pokoju 46 i opiekować się nią będzie Jake Black.- wszystkie głowy zwróciły się w stronę dwóch chłopaków stojących pod ściana. Jeden z nich wpatrywał się prosto w moje oczy. Czułam jakby starał się zajrzeć mi do środka. Po chwili przerwał wpatrywanie się we mnie i wyszedł. Ponownie spuściłam głowę wpatrując się w swoje stare tenisówki.
- Chciałabym jeszcze poinformować, że jutro przyjeżdżają do nas goście. Wszyscy mają siedzieć w swoich pokojach, a jeśli kogoś złapie na spacerkach to zapłaci za swój wybryk. Wybiorę wieczorem trzy osoby, które będą brały udział w spotkaniu. A teraz wszyscy do swoich pokoi. Kolacji dziś już nie będzie. O dwudziestej drugiej nie chcę nikogo słyszeć, ani widzieć. Dobranoc. - po tych słowach wszyscy wstali i ruszyli ku wyjściu.
Zrobiłam to samo co oni i po chwili już szłam korytarzem do pokoju. Zastanawiałam kim był chłopak, który zabijał mnie wzrokiem. Po otwarciu drzwi, już chyba znałam odpowiedz. Na łóżku leżał chłopak, ten sam, który był w stołówce. Ręce miał wsadzone pod głowę, a w uszach słuchawki. Nie chciałam mu przeszkadzać. Podeszłam do mojej torby i wyjęłam z niej kosmetyczkę i jakieś luźniejsze ubrania do spania. Weszłam do łazienki zamykając za sobą drzwi na klucz. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Leciała letnia woda, ale mi to nie przeszkadzało. Kropelki wody odbijały się od mojej skóry, odprężając mnie przy tym. Gdy byłam czysta, osuszyłam swoje ciało, po czym ubrałam się. Włosy przeczesałam i związałam na czubku głowy, aby mi nie przeszkadzały. Brudne ubrania wrzuciłam do wiklinowego kosza i umyłam zęby. Otworzyłam drzwi i weszłam do pokoju. Tym razem chłopak nie było w pokoju. Usiadłam po turecku na łóżku i patrzyłam w okno. Padał deszcz, więc niewiele widziałam. Drzewa chwiały się, a tafle jeziora rozpraszały kropelki.
Drzwi się otworzyły się z hukiem. Spojrzałam w tamtą stronę. W progu stał mój współlokator z rozciętym łukiem brwiowym. Usiadł na drugiej stronie łóżka nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Powoli wstałam z łóżka i udałam się do łazienki. Wzięłam ręcznik i pomoczyłam go. Wróciłam z powrotem do pokoju i stanęłam przed nim. Spojrzał na mnie chłodnym wzrokiem.
- Mogę?- lekko uniosłam do góry ręcznik, aby zrozumiał, o co mi chodzi. Spojrzał na niego, ale zaraz z powrotem wpatrywał się we mnie. Westchnęłam cicho. Postanowiłam jednak podjąć próbę i delikatnie przyłożyłam ręcznik na jego twarzy. Cały czas nie przerywał obserwowania mnie, co mnie trochę krępowało. Ocierałam krew z jego policzka, a następnie dotknęłam tkaniną rany. Syknął cicho z bólu.
- Przepraszam.- wyszeptałam. Starałam się nie zadać mu znów bólu. Po chwili już krew nie spływała po jego twarzy. Odłożyłam ręcznik i wzięłam plaster do ręki. Zakleiłam ranę, po czym odniosłam ręcznik i obeszłam łóżko aby moc się wreszcie znaleźć pod kocem. Wtuliłam jeszcze twarz w poduszkę.
- Dziękuje.- usłyszałam cichy głos, po czym z utęsknieniem zasnęłam.

______________________________________________________________________________
Przepraszam, że dodaje dopiero dzisiaj. Następny niestety będzie gdzieś za tydzień. Brak czasu. Mam nadzieję, że ten rozdział spodobał się wam. Liczę na komentarze!

wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 1

     Wiatr rozwiewał moje włosy. Moje policzki tonęły w łzach. Stałam za grupą ludzi, którzy tak jak ja opłakiwali trzy osoby. Już minęły trzy dni od tego nieszczęśliwego wypadku, a ja wciąż nie mogłam się z tym pogodzić. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszyscy uważali to zajście za moją winę. „Mogłaś ich zatrzymać”, „Miałaś jechać z nimi, a ty zostawiłaś ich”, „Ty mogłaś umrzeć. To ty zasługiwałaś na śmierć, nie oni”- było coraz więcej oskarżeń wobec mnie. A przecież to nie była moja wina. Prawda?
     Wszyscy zebrali się wokół trzech trumien. Ja została zepchnięta na sam koniec. Ciekawe, czy mnie też by tak opłakiwali? Oczywiście wiedziałam jaka jest odpowiedz. Teraz po tym całym wypadku wszyscy wyparli się mnie, tak jakbym była jakimś kundlem, który plącze się pod nogami.
  - Przykro mi z powodu straty.- z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos mężczyzny, który nagle pojawił się obok mnie. Był on wysoki. Miał ubrany długi, czarny płaszcz. Twarz starał się zakryć szalem, lecz oczy dalej można było zobaczyć. Spojrzałam w nie, a potem czułam jak tonę. Głos kapłana słyszałam jak przez wodę. Nogi miałam jak z waty, w głowie miałam dziwne echo, a w gardle ogromną gulę. Nagle ból przeszedł przez moją głowę. Zamknęłam oczy i przyłożyłam dłoń do skroni. Czułam jak odpływam. Nic nie słyszałam, ale zmieniło się to po chwili. W mojej głowie rozdarł się przerażający krzyk. Rozglądałam się dookoła, lecz wszyscy stali tak samo. Nawet najmniejszego drgnięcia. Kolejny krzyk przyprawił mnie o ciarki w dole kręgosłupa. Po chwili usłyszałam jęczenie, tak jakby błaganie. Dalej nikt nie zwracał uwagi na te okropne dźwięki. Może tylko ja je słyszę...? Ale jak to było możliwe? Mój wzrok znów powędrował do tajemniczego mężczyzny. Jego szal już nie otulał twarzy, więc mogłam dokładniej mu się przyjrzeć. Miał dwudniowy zarost, delikatny zarys szczęki i duże cienie pod oczami. Przypominał mi trochę... mnie. Na jego ustach zamajaczył uśmiech, a jego oczy wręcz płonęły czernią. Kolejny krzyk... Nie mogłam już tego wytrzymywać. Kolejny krzyk... Moja głowa pulsowała. Kolejny krzyk... Upadłam na kolana nie mogą już na nich ustać.
  - Isla... Nie ufaj nikomu... - teraz zamiast krzyku, zadźwięczały delikatne słowa jak jedwab.- Nie ufaj...- teraz głos wydał mi się bardziej znajomy, choć prawie nigdy nie słyszałam tego tonu.
  - Mama?- spytałam również szeptem, lecz nie usłyszałam już odpowiedzi. To był głos mojej mamy. Byłam tego pewna. Po moich policzkach znów polały się łzy. Uniosłam głowę do góry, w niebo. Było szare, a w niektórych miejscach unosiły się czarne chmury. Spojrzałam w miejsce, gdzie stał mężczyzna. Nie było już go. Znikł.
*

      Pakowałam ostatnie rzeczy do dużej torby. Jeszcze dziś miałam zamieszkać w sierocińcu. Żaden członek rodziny nie chciał wziąć mnie pod swoją opiekę. Tak, więc musiałam przenieść się do tego okropnego miejsca. Ubrania miałam spakowane, tak samo jak kosmetyczkę. Przyglądałam się fotografii w ramce. Na zdjęciu byłam ja, moi rodzice i brat. To były czasy, gdy jeszcze byłam na równo z bratem. Brakowało mi tamtych chwil, ale wiedziałam, że one już nie nadejdą, a ja muszę się z tym pogodzić i żyć dalej. Spakowałam zdjęcie rodzinne i wzięłam do ręki kolejne zdjęcie. Byłam na nim ja i Anabell.
      Tak strasznie mi jej brakowało. Zastanawiałam się gdzie może być. Policja ustaliła, że nie została ona uprowadzona. Ale tak naprawdę, żadnej gwarancji na to nie miałam. Najgorsza była myśl, że ona przecież może już nie żyć. Może leżeć w jakiś rowie lub wisi, powieszona na jakieś gałęzi. Ta świadomość była najgorsza. Gdybym ją też straciła, nie poradziłabym sobie. Załamałabym się.
      Z westchnieniem schowałam również i tę fotografię. W tym momencie zadzwonił dzwonek. Chwyciłam torbę i zbiegłam po schodach na dół. Otworzyłam drzwi, a w progu stało młode małżeństwo. Wymusiłam uśmiech i zrobiłam miejsce by mogli wejść do środka.
  - A, więc kiedy wyjeżdżasz?- spytała uprzejmym tonem kobieta.
  - Za chwilę powianiem po mnie przyjechać ktoś z opieki.- oboje skinęli głowami. -Umm... wszystkie osobiste rzeczy z domu są wyniesione. A, tu są klucze.- podałam im trzy klucze do domu. Musiałam go sprzedać, żeby mieć choć trochę pieniędzy. Całe zarobki i oszczędności rodziców zabrali dziadkowie, a większą część pieniędzy ze sprzedaży domu, zabiera brat mojej mamy, więc mi zostaje niewiele.
  - Dziękujemy.- uśmiechnął się do mnie tym razem mężczyzna.
Po chwili usłyszeliśmy kolejne dzwonienie. Tym razem to była mężczyzna w średnim wieku, miał może jakieś czterdzieści lat.
  - Przyjechałem tutaj po Isle Nomed.- skinął głową na powitanie.
  - Czyli na mnie już czas. - powiedziałam cicho.
Wzięłam swoją torbę i wyszłam przed drzwi.
  -Do widzenia, państwu. - pożegnałam się jeszcze z małżeństwem.
  -Do widzenia. - odpowiedzieli razem.
Podałam mój bagaż mężczyźnie. Wpakował go do bagażnika samochodu po czym w usiadł obok mnie na miejscy kierowcy. Odpalił silnik, a ja ostatni raz spojrzałam na mój dom. Będę za tobą tęsknić. Za nim jeszcze odjechaliśmy, zauważyłam postać stojąca w ogródku. Miała czarny płaszcz i szalik. To był on...

______________________________________________________________________________
 Oto i pierwszy rozdział! Trochę nudny i krótki mi wyszedł ,a le myślę, że mi wybaczycie. Kolejny na pewno będzie dłuższy i może nawet trochę... romantyczny? Sama nie wiem. Zobaczy się jeszcze. Mam nadzieję, że ktoś to czyta i podoba mu się to. Jeśli coś wam się nie podoba lub przeszkadza to zgłaszajcie to do mnie przez komentarz lub wejdźcie do "kontakt". Każdy komentarz sprawi mi niezwykłą radość i będę mieć świadomość, że nie robię czegoś na marne. Tak, więc kolejny rozdział pojawi się może w... piątek. Lub sobotę. Teraz trochę poczekacie. To do następnego! Pa ♥

niedziela, 8 grudnia 2013

...PROLOG...

      Przez zasłony udało jakoś się przedrzeć kilka promieniom słońca. Przy okazji nie dając mi już spokojnie pospać. Nie chciałam wstawać z mojego, ciepłego łóżka. W nim wszystkie moje problemy mogły pójść w niepamięć. Życie dało mi w kość. Choć nie jestem do końca pewna, czy posiadanie rodziców, którzy kompletnie cię ignorują, nie masz dla nich znaczenia, a nawet jesteś im niepotrzebna, można nazwać problemem. Jeszcze dochodzi do tego brat- Paul. Nienawidzę go z całego serca. Jestem od niego starsza, ale to ja zawsze byłam ta gorsza, nic nie warta. Często bił mnie, ale to nie były jakieś sprzeczki między normalny rodzeństwem, o nie, on bił mnie tak długo dopóki nie pokazała się krew. Tak samo cała rodzina uważała mnie za śmiecia, odwracali się ode mnie. Oprócz jednej osoby, mojej kuzynki- Anabell . Ona również dużo przeszła. Jej rodzice się rozwiedli. Potem jej tata umarł w wypadku, a rok później jej mama została napadnięta i zabita. Jej opiekunem była jej pełnoletnia siostra. Często się kłóciły, ale były sobie naprawdę bliskie. Zazdrościłam im tego. Przynajmniej miały siebie, a ja? Nikogo.
      Poczłapałam do łazienki. Popatrzałam w lustro, ale nie potrafiłam patrzeć na odbicie. Moja skóra była blada, nawet można było powiedzieć, że przeźroczysta. Oczy miałam przekrwione, a pod nimi były ciemne cienie, przez które mogłoby się wydawać, że moje oczy się zapadają. Włosy były w nieładzie. Najbardziej rzucały się w oczy siniaki i rany cięte na moim ciele. Nie potrafiąc wytrzymać tego widoku szybko weszłam pod prysznic. Zimna woda zawsze mnie relaksowała. Po chwili wyszła, osuszając się ręcznikiem i założyłam ubrania. Przeczesałam jeszcze włosy i wyszłam na korytarz. Poszłam do kuchni z zamiarem zjedzenia czegoś. Zdziwiło mnie gdy zobaczyłam rodziców siedzącym przy stole. Przerwali rozmowę od razy gdy weszłam do pomieszczenia. Nie patrzyli na mnie, tak jakby mnie tam w ogóle nie było.
  - Dzień dobry- odezwałam się cicho. Żadna reakcja z ich strony nie wydarzyła się. A czego ja się spodziewałam? Szybko wzięłam tylko szklankę i napełniłam ją sokiem, bo jakoś straciłam apetyt. Prawie biegnąc weszłam do pokoju. Usiadłam na łóżku rozmyślając, co z sobą zrobić. Jednak moje myślenie zostało przerwane.
  - Gdzie jest są moje słuchawki?!- w progu drzwi stanął mój znienawidzony brat.
  - Nie wiem. Ja ich nie brałam.- powiedziałam, starając się by nie było słychać strachu w moim głosie. W ręce ściskał nożyczki. Wiedziałam, co się wydarzy.
  - Wątpię, żeby ktokolwiek je brał! Więc wypadło na ciebie.- przybliżył się do mnie na co ja odruchowo się cofnęłam. Dźwignął rękę do góry. Ostrze nożyczek zabłyszczało metalicznie. O nie... Po chwili poczułam rozrywający ból. Spojrzałam na moje ramię. Moje oczy rozszerzyły się. W moim ramieniu tkwiły nożyczki. On tak najzwyczajniej wbił mi je w moje ciało. Krew spływała po ręce i kapiąc z opuszków na pościel. Dźwignęłam głowę poszukując sprawcy, lecz go już nie było. Z mokrymi policzkami pobiegłam znów do łazienki, zamykając drzwi za sobą. Stanęłam nad umywalką. Powoli wyciągnęłam nożyczki z mojego ramienia. Momentalnie polało się więcej szkarłatnej cieczy. Wzięłam ręcznik i przyłożyłam do rany.
  - Jedziemy z twoim ojcem i bratem do kina. Nigdzie nie wychodź. A jeśli choćby jedna rzecz będzie zepsuta to pożałujesz tego. Zrozumiałaś?- zza drzwi pobiegał chłodny głos mojej mamy.
  - Tak, zrozumiałam.- potem tylko usłyszałam oddalające się kroki i trzaśniecie frontowych drzwi. Odetchnęłam z ulgą. Jednak po chwili usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Co znowu?
Wybiegła z pomieszczania, a po chwili już miałam telefon w ręce.
  - Halo?
  -Anabell zniknęła.- po tych słowach upuściłam telefon i jak najszybciej umiałam, pobiegłam do drzwi. Ubrałam buty i kurtkę. Nacisnęłam klamkę, a tam stał policjant. Miał zatroskany wyraz twarzy.
  - Isla Nomed?
  - Tak. To ja.
  - Twoi rodzice mieli wypadek. Wpadli w poślisk wprost pod ciężarówkę. Nikt nie przeżył. Przykro mi- powiedział smętnym głosem.
Moi rodzice i brat nie żyją... Anabell zniknęła...To koniec...



 _______________________________________________________________________
Witam wszystkich serdecznie!
Tak, więc to moje pierwsze opowiadanie. Mam nadzieję, że kogoś zaciekawi i ktoś będzie czytał te moje wypociny. Jeśli coś wam się nie podoba lub przeszkadza to niech napisze w komentarzu. Liczę, że wam się moje opowiadanie spodoba i nie będzie ono nudne. Pierwszy rozdział pojawi się niedługo! Do zobaczenia.