Wiatr
rozwiewał moje włosy. Moje policzki tonęły w łzach. Stałam za
grupą ludzi, którzy tak jak ja opłakiwali trzy osoby. Już minęły
trzy dni od tego nieszczęśliwego wypadku, a ja wciąż nie mogłam
się z tym pogodzić. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszyscy
uważali to zajście za moją winę. „Mogłaś ich zatrzymać”,
„Miałaś jechać z nimi, a ty zostawiłaś ich”, „Ty mogłaś
umrzeć. To ty zasługiwałaś na śmierć, nie oni”- było coraz
więcej oskarżeń wobec mnie. A przecież to nie była moja wina.
Prawda?
Wszyscy
zebrali się wokół trzech trumien. Ja została zepchnięta na sam
koniec. Ciekawe,
czy mnie też by tak opłakiwali?
Oczywiście wiedziałam jaka jest odpowiedz. Teraz po tym całym
wypadku wszyscy wyparli się mnie, tak jakbym była jakimś kundlem,
który plącze się pod nogami.
- Przykro mi z powodu straty.- z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos
mężczyzny, który nagle pojawił się obok mnie. Był on wysoki.
Miał ubrany długi, czarny płaszcz. Twarz starał się zakryć
szalem, lecz oczy dalej można było zobaczyć. Spojrzałam w nie, a
potem czułam jak tonę. Głos kapłana słyszałam jak przez wodę.
Nogi miałam jak z waty, w głowie miałam dziwne echo, a w gardle
ogromną gulę. Nagle ból przeszedł przez moją głowę. Zamknęłam
oczy i przyłożyłam dłoń do skroni. Czułam jak odpływam. Nic
nie słyszałam, ale zmieniło się to po chwili. W mojej głowie
rozdarł się przerażający krzyk. Rozglądałam się dookoła, lecz
wszyscy stali tak samo. Nawet najmniejszego drgnięcia. Kolejny krzyk
przyprawił mnie o ciarki w dole kręgosłupa. Po chwili usłyszałam
jęczenie, tak jakby błaganie. Dalej nikt nie zwracał uwagi na te
okropne dźwięki. Może tylko ja je słyszę...? Ale jak to
było możliwe? Mój wzrok znów powędrował do tajemniczego
mężczyzny. Jego szal już nie otulał twarzy, więc mogłam
dokładniej mu się przyjrzeć. Miał dwudniowy zarost, delikatny
zarys szczęki i duże cienie pod oczami. Przypominał mi trochę...
mnie. Na jego ustach zamajaczył uśmiech, a jego oczy wręcz płonęły
czernią. Kolejny krzyk... Nie mogłam już tego wytrzymywać.
Kolejny krzyk... Moja głowa pulsowała. Kolejny krzyk... Upadłam na
kolana nie mogą już na nich ustać.
- Isla... Nie ufaj nikomu... - teraz zamiast krzyku, zadźwięczały
delikatne słowa jak jedwab.- Nie ufaj...- teraz głos wydał mi się
bardziej znajomy, choć prawie nigdy nie słyszałam tego tonu.
- Mama?- spytałam również szeptem, lecz nie usłyszałam już
odpowiedzi. To był głos mojej mamy. Byłam tego pewna. Po moich
policzkach znów polały się łzy. Uniosłam głowę do góry, w
niebo. Było szare, a w niektórych miejscach unosiły się czarne
chmury. Spojrzałam w miejsce, gdzie stał mężczyzna. Nie było już
go. Znikł.
*
Pakowałam ostatnie rzeczy do dużej torby. Jeszcze dziś
miałam zamieszkać w sierocińcu. Żaden członek rodziny nie chciał
wziąć mnie pod swoją opiekę. Tak, więc musiałam przenieść się
do tego okropnego miejsca. Ubrania miałam spakowane, tak samo jak
kosmetyczkę. Przyglądałam się fotografii w ramce. Na zdjęciu
byłam ja, moi rodzice i brat. To były czasy, gdy jeszcze byłam na
równo z bratem. Brakowało mi tamtych chwil, ale wiedziałam, że
one już nie nadejdą, a ja muszę się z tym pogodzić i żyć
dalej. Spakowałam zdjęcie rodzinne i wzięłam do ręki kolejne
zdjęcie. Byłam na nim ja i Anabell.
Tak strasznie mi jej brakowało. Zastanawiałam się gdzie może
być. Policja ustaliła, że nie została ona uprowadzona. Ale tak
naprawdę, żadnej gwarancji na to nie miałam. Najgorsza była myśl, że ona
przecież może już nie żyć. Może leżeć w jakiś rowie lub
wisi, powieszona na jakieś gałęzi. Ta świadomość była
najgorsza. Gdybym ją też straciła, nie poradziłabym sobie.
Załamałabym się.
Z westchnieniem schowałam również i tę fotografię. W tym
momencie zadzwonił dzwonek. Chwyciłam torbę i zbiegłam po
schodach na dół. Otworzyłam drzwi, a w progu stało młode
małżeństwo. Wymusiłam uśmiech i zrobiłam miejsce by mogli wejść
do środka.
- A, więc kiedy wyjeżdżasz?- spytała uprzejmym tonem kobieta.
- Za chwilę powianiem po mnie przyjechać ktoś z opieki.- oboje
skinęli głowami. -Umm... wszystkie osobiste rzeczy z domu są
wyniesione. A, tu są klucze.- podałam im trzy klucze do domu.
Musiałam go sprzedać, żeby mieć choć trochę pieniędzy. Całe
zarobki i oszczędności rodziców zabrali dziadkowie, a większą
część pieniędzy ze sprzedaży domu, zabiera brat mojej mamy, więc
mi zostaje niewiele.
- Dziękujemy.- uśmiechnął się do mnie tym razem mężczyzna.
Po chwili usłyszeliśmy kolejne dzwonienie. Tym razem to była
mężczyzna w średnim wieku, miał może jakieś czterdzieści lat.
- Przyjechałem tutaj po Isle Nomed.- skinął głową na powitanie.
- Czyli na mnie już czas. - powiedziałam cicho.
Wzięłam swoją torbę i wyszłam przed drzwi.
-Do widzenia, państwu. - pożegnałam się jeszcze z małżeństwem.
-Do widzenia. - odpowiedzieli razem.
Podałam mój bagaż mężczyźnie. Wpakował go do bagażnika
samochodu po czym w usiadł obok mnie na miejscy kierowcy. Odpalił
silnik, a ja ostatni raz spojrzałam na mój dom. Będę za tobą
tęsknić. Za nim jeszcze odjechaliśmy, zauważyłam postać
stojąca w ogródku. Miała czarny płaszcz i szalik. To był on...
______________________________________________________________________________
Oto i pierwszy rozdział! Trochę nudny i krótki mi wyszedł ,a le myślę, że mi wybaczycie. Kolejny na pewno będzie dłuższy i może nawet trochę... romantyczny? Sama nie wiem. Zobaczy się jeszcze. Mam nadzieję, że ktoś to czyta i podoba mu się to. Jeśli coś wam się nie podoba lub przeszkadza to zgłaszajcie to do mnie przez komentarz lub wejdźcie do "kontakt". Każdy komentarz sprawi mi niezwykłą radość i będę mieć świadomość, że nie robię czegoś na marne. Tak, więc kolejny rozdział pojawi się może w... piątek. Lub sobotę. Teraz trochę poczekacie. To do następnego! Pa ♥
Określe to jednym słowem ...ZAJEBISTE...pisz dalej i nie przestawaj c:
OdpowiedzUsuńNatalia ma rację, to jest ZAJEBISTE
OdpowiedzUsuńZajebiste, nie wiedziałam, że masz taki talent. ;')
OdpowiedzUsuńKocham Cię <3
Nie wiedziałaś bo nie mam talentu :P
UsuńTeż Cię kocham ♥
Super narazie przeczytałam 1 i tylko znajde znajde czas czytam dalek kocham cie domi<3
OdpowiedzUsuń